Bądź na bieżąco
z naszymi wydarzeniami

23 mar

Daj sobie przestrzeń na łzy

Wywiad z naszą ekspertką CPOP - Agnieszką Malczewską-Gortych – na łamach wrześniowego numeru magazynu psychologicznego SENS

Płacz kojarzymy zwykle ze smutkiem lub przygnębieniem, a przecież każdemu z nas nieobce jest wzruszenie ze szczęścia czy zachwytu. Badania potwierdzają, że łzy radości mają inny skład chemiczny niż łzy złości czy żalu, a zupełnie inny mają te, które ronimy, krojąc cebulę. O tym, kiedy płacz jest oczyszczający, a kiedy może zaszkodzić oraz jak zachowywać się, gdy ktoś bliski płacze – z psycholog Agnieszką Malczewską-Gortych rozmawia Julia Wollner.

Mój terapeuta sprzed lat mawiał: „Gdy płyną łzy, dzieje się coś ważnego. „Coś ważnego” to jednak bardzo pojemna kategoria i zastanawiam się, czy istnieje krótka odpowiedź na pytanie: dlaczego płaczemy?

Próbą zwięzłego opisania tego skomplikowanego zjawiska może być to, że płaczemy, bo tego potrzebujemy. Potrzebuje tego nasze ciało, nasz organizm (z płaczem związane są przecież reakcje chemiczne w nim zachodzące), ale potrzebuje też tego nasza dusza, nasza psychika, ta część nas, która poszukuje emocjonalnej równowagi. Łzy pozwalają na rozładowanie stanu napięcia, na odreagowanie stresu, na rodzaj oczyszczenia, jak niektórzy to nazywają. Warto uzmysłowić sobie, że łzy są naszym sprzymierzeńcem. Mają nam pomóc. I pomagają, jeśli potrafimy je przyjąć.

Może byłoby nam łatwiej, gdybyśmy lepiej je rozumieli. Neurologicznie rzecz biorąc, łzy są uruchamiane przez przejście z układu współczulnego do przywspółczulnego. Tak mówią mądre książki. Co to jednak oznacza?

W psychologii mówimy o dwuetapowej teorii łez: pobudzenie – równowaga. Jest to przejście od stanu wysokiego napięcia, gdy aktywny jest układ współczulny, do stanu równowagi, zdrowia (aktywność układu przywspółczulnego). Oba układy należą do autonomicznego układu nerwowego, który steruje pracą narządów wewnętrznych bez udziału naszej świadomości. Układ współczulny podnosi aktywność organizmu, a układ przywspółczulny wręcz odwrotnie – działa na organizm rozluźniająco, uspokaja go. To szybkie przejście z układu współczulnego do przywspółczulnego możemy nazwać „odpuszczeniem”; potocznie mówi się też często o poddaniu się. Spowodowane jest ono przez gwałtowny spadek poziomu adrenaliny, co pozwala na równie szybki spadek napięcia ciała. Wtedy też pojawiają się łzy.

Na pewno każdy z nas może odnaleźć w pamięci sytuację, gdy podczas stresującego wydarzenia zachował kontrolę nad emocjami, a płacz pojawił się, gdy było już po wszystkim. Przychodzi mi tu na myśl moja niedawna stłuczka samochodowa. Jechałam z dziećmi. Uderzyłam w tył samochodu przede mną. Pamiętam swoją pełną mobilizację, trzeźwość umysłu, rzeczową rozmowę z poszkodowanym kierowcą, sprawdzanie, czy nic się nie stało synowi i córce. Wypełniłam dokumenty, wykonałam niezbędne telefony, dojechałam z dziećmi z powrotem do domu. I dopiero wtedy zaczęłam płakać. Podobnie dzieje się z maluchami, które gubią się w miejscu publicznym, np. w supermarkecie. Zaczynają szukać rodziców, wydają się napięte, ale raczej nie płaczą. Gdy takie dziecko zobaczy wreszcie któregoś z rodziców, a tym samym poczuje ulgę, że koszmar się skończył, wybucha płaczem. Otoczenie może być zaskoczone, że łzy pojawiają się, gdy problem jest już zażegnany; mówimy wtedy często: „Nie płacz, już po wszystkim”. Tymczasem dziecko przeszło właśnie ze stanu wysokiego napięcia do stanu równowagi, a łzy oznaczają, że wszystko wróciło do normy.

Także my, dorośli, często płaczemy z ulgi, jak również z radości czy złości. Z drugiej strony, wielu z nas automatycznie równa łzy ze smutkiem. Czy nie powinnyśmy podkreślić, że łzy są tak naprawdę emocjonalnie neutralne?

Rzeczywiście łzy kojarzymy zwykle z trudnymi emocjami: smutkiem, przygnębieniem, ale każdy z nas płakał też choć raz ze szczęścia, ekscytacji czy wspomnianej ulgi. Płaczemy, ściskając swoich bliskich, którzy wyszli z jakiejś opresji; płaczemy, oglądając wzruszający film czy pod wpływem pięknej, podniosłej muzyki. Amerykańscy naukowcy wzięli pod lupę wszystkie te emocje i orzekli, z czego wynika płacz w chwilach radości. Otóż nasz organizm, nie umiejąc poradzić sobie ze zbyt silnymi emocjami, dąży do odzyskania równowagi i wyrównania ich poziomu. Mówiąc potocznie: organizm potrzebuje „odreagować” nadmiar ekscytacji. Dlatego też łzy nie są tylko oznaką smutku, ale raczej dowodem na to, że organizm chce odzyskać równowagę. Są też wyrazem naszego temperamentu, emocjonalności, otwartości na pewne doświadczenia.

Przeczytałam gdzieś, że łzy u człowieka odgrywają też ważną rolę społeczną i stanowią formę komunikacji niewerbalnej.

Brytyjski profesor Michael Trimble, zajmujący się neurologią behawioralną, uważa, że umiejętność płakania rozwinęła się u człowieka w konkretnym momencie: gdy zdał on sobie sprawę, że inni ludzie również cierpią czy odczuwają smutek. Trimble uznaje to za przełomowy okres w ewolucji. Z całą pewnością rozwój ludzkiej świadomości pozwolił na reakcje bardziej złożone niż tylko te konieczne do walki o przetrwanie. Dlatego też, obok komunikacji werbalnej, rozwijała się także komunikacja niewerbalna, w obrębie której sygnałów o naszych emocjach można przekazać i odebrać więcej niż w słowach. Płacz jest właśnie takim sygnałem, komunikatem.

Dla mnie jako psychologa płacz jest też oznaką zaufania, otwartości, gotowości na bliższą relację. Jeśli ktoś decyduje się przy nas zapłakać, możemy wnioskować, że czuje się w naszym towarzystwie bezpiecznie, komfortowo. Dał nam kredyt zaufania, pozwolił zobaczyć się od strony, którą wielu uważa za słabszą. To dlatego zwykle nie płaczemy przed swoim przełożonym czy klientem, ale po trudnym, stresującym dniu w pracy wypłakujemy się żonie, mężowi, przyjaciołom.

Mówisz o ewolucji i od razu zaczęłam zastanawiać się, czy jesteśmy jedynym płaczącym gatunkiem. Co do tego chyba zdania są podzielone, prawda?

Wiemy, że zwierzęta mają gruczoły łzowe, służące do nawilżania i ochrony rogówki, jednak wydaje się, że nie płaczą w wyniku reakcji emocjonalnych. To oczywiście nie oznacza, że zwierzęta nie mają uczuć – wiemy doskonale, że przeżywają pewne rzeczy, ale w sposób inny niż ludzie. Naukowcy rzeczywiście uważają, że płacz jest typowo ludzkim zachowaniem, związanym z wyżej niż u zwierząt rozwiniętą aktywnością kory mózgowej. Dlatego w wypadku zwierząt może pojawić się zjawisko łzawienia, np. przy podrażnieniu rogówki, ale nie powiemy wtedy, że zwierzę płacze.

Z drugiej strony istnieją zdjęcia czy opowieści ludzi na temat płaczu zwierząt. W 2013 roku po Internecie krążył film pokazujący słoniątko w rezerwacie dzikich zwierząt w Chinach. Łkało ono przez pięć godzin po tym, jak odrzuciła je własna matka. Wielu z nas pamięta też wideo, na którym widać płaczącego psa leżącego na grobie swojej właścicielki. Wiemy, że zwierzęta odczuwają emocje. Że czują ból, tęsknią, boją się. Być może nie łkają dokładnie jak my, ale cierpią i smucą się po swojemu.

Przyjrzyjmy się ludzkim łzom z punktu widzenia chemicznego. Wiemy już, że płyną z różnych powodów, ale czy łzy smutku i radości mają identyczny skład? Czy można pozbyć się napięcia, na siłę wywołując łzawienie, np. krojąc cebulę?

To ciekawe zagadnienie, a skład chemiczny łez został rzeczywiście zbadany. Było to możliwe poprzez wysuszenie łez i zbadanie osadu, który po nich został, pod mikroskopem. Znany jest też eksperyment amerykańskiej fotograf Rose-Lynn Fisher zatytułowany „The Topography of Tears”. Fisher uwieczniła na kliszy ponad 100 próbek wyschniętych łez widzianych w dużym powiększeniu. W zależności od powodu, dla którego płynęły, wyglądały zupełnie inaczej. Skład chemiczny łez – a różnią się głównie ilością hormonów i enzymów – zależy przede wszystkim od przyczyny, z jakiej powstały. Łzy płynące pod wpływem emocji różnią się od łez odruchowych, czyli np. tych, które pojawiają się przy krojeniu cebuli. Te ostatnie nie zawierają substancji przeciwbólowych, takich jak enkefalina (peptyd opioidowy), wykazująca działanie zbliżone do morfiny. Odkryto także, że łzy szczęścia, w porównaniu ze łzami smutku, mają w składzie zdecydowanie mniej hormonu ACTH, który stymuluje korę nadnerczy do wydzielania kortyzolu. Dzięki badaniom naukowym wiemy też, że pod wpływem skrajnych emocji mózg aktywuje pewne gruczoły w okolicy gałki ocznej, które wywołują pojawianie się łez. Łzy zaś zawierają duże ilości oksytocyny – hormonu, który działa jak naturalny środek znieczulający i uspokajający. To dzięki niemu łzy sprawiają, że w wyniku płaczu ciało przechodzi w stan spokoju, równowagi.

Wracając do twojego pomysłu – krojenie cebuli wywołuje zupełnie inną reakcję fizjologiczną niż płacz z powodów emocjonalnych. W momencie krojenia tego warzywa wydziela się związek chemiczny zwany S-tlenkiem triopropanalu, który łączy się z powietrzem i dociera do oczu, pokrywając powierzchnię gałki ocznej. Dlatego też łzawienie pod wpływem krojenia cebuli to nic innego, jak ochrona organizmu przed tą drażniącą substancją – nasze ciało próbuje rozcieńczyć ją łzami. Nie mamy tu przejścia do aktywności układu przywspółczulnego, które przynosi ulgę i równowagę organizmowi. Dlatego płacz nad cebulą nie przyniesie nam żadnej ulgi psychicznej.

Szkoda, bo niejeden z nas chciałby zapewne wypłakać się na zapas w zaciszu własnej kuchni. Nastawienie otoczenia do cudzych łez nadal bywa różne, a osobę szlochającą wielu postrzega jako słabą. Czy jest to tylko kwestia kulturowa, czy także biologiczna?

W mojej pracy psychologa od lat zauważam, że podejście społeczeństwa do płaczu związane jest ściśle z kulturą, z oczekiwaniami wobec danej płci i z pewną tendencją w wychowywaniu, szczególnie chłopców. Bardzo mocno zaznaczała się ona w pokoleniu naszych rodziców: dziewczynka miała być skromna, pracowita, dbać o dom i mężczyznę. Chłopiec miał być dzielny, zaradny, silny i męski. Dziewczynce wolno było płakać, ale ganiono ją za zbytnią ruchliwość czy niezależność. Chłopcy zaś mieli prawo rozrabiać, być niesforni, jednak ich płacz spotykał się z brakiem aprobaty, a nawet formami wyśmiania, podważenia ich męskości i siły. Wszyscy znamy przecież określenie „beksa” czy stwierdzenie „ale z ciebie baba”. Słyszący je chłopcy zaprzeczali w efekcie swoim emocjom, a niemożność wyrażenia smutku poprzez płacz powodowała reakcje zastępcze, które miały pozwolić rozładować napięcie, czyli przejść z układu współczulnego do przywspółczulnego. Mężczyzna, który nie mógł pozwolić sobie na łzy, wybierał inne możliwości – na przykład agresję.

Fakt, że kobiety płaczą częściej niż mężczyźni – co potwierdzają badania – może mieć także swoją przyczynę w gospodarce hormonalnej obu płci. Prolaktyna, której poziom jest wyższy u kobiet, sprzyja produkcji łez, zaś testosteron – podstawowy męski hormon płciowy – hamuje reakcję płaczu. Jednak także ten aspekt warto rozpatrywać pod kątem kultury, ponieważ są kraje (np. Nigeria, Nepal), w których, ze względu na dużą powściągliwość emocjonalną przyjętą w społeczeństwie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni płaczą jednakowo rzadko.

Nie płaczą też często ludzie, którzy chorują na ciężką depresję; uważa się wręcz, że jeśli pacjent potrafi płakać, to znaczy, że nie jest z nim najgorzej. Z drugiej strony nadmierny płacz może być przecież objawem depresji poporodowej, pojawiać się przy stresie pourazowym i u ofiar przemocy. Na pewno niepokojące jest też, jeśli ktoś płacze non stop. Jak się w tym wszystkim połapać?

Temat depresji wymaga dłuższej rozmowy, choćby dlatego, że jest ona zespołem współwystępujących objawów i nie możemy uznać, że u każdego będzie przebiegała tak samo. Jednym z objawów depresji może być przygnębienie, ale nie jest ono równoznaczne ze smutkiem. Osobie w ciężkiej depresji bliżej raczej do niemożności odczuwania emocji. Taka osoba rzeczywiście nie może płakać. Pacjenci depresyjni mówią często, że czują się jak za szklaną szybą, jakby nie żyli naprawdę, a jedynie oglądali to, co się dzieje wokół nich, na ekranie. W ciężkiej depresji nie czujesz już nic. To wtedy pojawiają się często myśli samobójcze.

Innym objawem depresji, dystymii, ale też zachowań posttraumatycznych i innych trudnych przeżyć jest właśnie nadmierna płaczliwość. Tego typu płacz nie przynosi ukojenia, nie doprowadza do równowagi organizmu. I jeden, i drugi przypadek wymaga interwencji specjalisty: warto skonsultować się z lekarzem psychiatrą, aby zdiagnozować objawy i określić możliwości leczenia. Dobrze jest także skorzystać z pomocy doświadczonego psychoterapeuty.

Czyli długotrwały płacz wpływa na samopoczucie negatywnie, ale częściej jest zdrowy, pozwala się oczyścić i poczuć lepiej?

Nasza rozmowa dała już kilka odpowiedzi na pytanie, czy płacz pomaga. Wiemy, że najczęściej tak. Sami tego doświadczamy. Płacz ma właściwości terapeutyczne, jest pomocny, jest też naturalną reakcją emocjonalną.

Jednak wiele badań wskazuje, że wpływ na to, czy łzy będą przynosić ulgę i spokój, mają dwa czynniki: przyczyna płaczu oraz, mówiąc krótko, towarzystwo w trakcie płaczu. Płacz może przynieść nam ulgę, gdy pojawi się w obecności kogoś bliskiego; osoby, która nas wesprze, zrozumie, doda otuchy. Rozpłakanie się w otoczeniu nieprzyjaznym pogorszy nasz nastrój. Jedna z klientek opowiadała mi o spotkaniu w szkole, podczas którego miała rozmawiać o agresywnych zachowaniach, jakich rówieśnicy dopuszczali się względem jej dziecka. Ojciec jednego z uczniów nie chciał przyznać, że jego syn może zachowywać się agresywnie, a nawet oskarżał dziecko mojej klientki, że jest sobie winne. W którymś momencie rozpłakała się, a później nie mogła sobie tego darować, bo okazała słabość, a powinna pokazać siłę i stanowczość.

Czasem też to przyczyna płaczu decyduje o tym, czy przyniesie on ukojenie, czy też odwrotnie. Przykładowo, gdy płaczemy, rozpamiętując w kółko jakąś trudną sytuację z przeszłości, wtedy płacz może być obciążający. Jeśli czujemy, że płacz i jego przyczyna wpływają negatywnie na nasze samopoczucie, pogarszają nasz stan psychiczny, warto poszukać profesjonalnej pomocy i przyjrzeć się problemowi bliżej.

Na koniec powiedzmy jeszcze, jak należy zachowywać się, gdy ktoś płacze? Często zaczynamy albo bezpodstawnie pocieszać, powtarzać, że wszystko będzie dobrze – choć być może nie jest to prawda – albo bagatelizować łzy, stwierdzając, że osoba płacząca nie ma ku nim podstaw. Czy jest jakieś inne, lepsze wyjście?

Weźmy prosty przykład – dziecka, które upadło i rozbiło sobie kolano. Rodzic najczęściej mówi: „Nie płacz, nic się nie stało”, zaprzeczając tym samym emocjom dziecka. Zwykle nie jesteśmy świadomi, że, używając takich słów, próbujemy pomóc nie płaczącemu, ale sobie, najwyraźniej obawiając się cudzych łez. Jeśli zrozumiemy, że płacz przynosi ulgę, pozwala osiągnąć równowagę, działa uspokajająco i przeciwbólowo – zrozumiemy też, że jest potrzebny i pomocny. Że jest naszym sprzymierzeńcem.

W pracy psychologa często słyszę od kobiet, że ich partnerzy nie wiedzą, jak zachować się, gdy one płaczą. Zwykle czują się winni lub podenerwowani; nierzadko uciekają. Dzieje się tak dlatego, że mężczyźni podchodzą do życia zadaniowo; gdy widzą bliską osobę we łzach, chcieliby prędko „rozwiązać problem”. Bezradność jest dla nich trudna do zniesienia. Tymczasem większość z nas, gdy płacze, nie oczekuje wcale rozwiązania problemu. Potrzebujemy raczej, by ktoś przy nas był, by pozwolono nam wypłakać się w bezpiecznych warunkach. To dlatego osoby rozpoczynające terapię niejednokrotnie pierwszy raz od lat płaczą właśnie w gabinecie. Czują, że mogą, że ich łzy nie zostaną odebrane jako coś niewłaściwego. Że mają na to przestrzeń i akceptację.

Pamiętam moją własną psychoterapię sprzed lat i pierwsze sesje, podczas których rozpłakiwałam się, a terapeutka cierpliwie czekała, milcząc lub przypominając mi łagodnie, bym oddychała. Pamiętam atmosferę akceptacji i cichej obecności. Gdy mogłam już opanować łkanie i zaczynałam mówić, nie padało powszechne pytanie: „Dlaczego płaczesz?”, ale „O czym myślałaś, co za myśl pozwoliła ci się wypłakać?”. To jest właśnie ta mądra reakcja na cudze łzy. Dziś ja staram się tak reagować na płacz osób, z którymi pracuję. Często podczas rozmowy leją się łzy, a potem pojawiają przeprosiny – ludzie wstydzą się, że nie powstrzymali płaczu, że nie mają kontroli nad swoimi emocjami. Mówię wtedy zawsze, że za płacz się nie przeprasza. Nie jest on grzechem, przestępstwem. Jest zdrową reakcją emocjonalną; oznacza wrażliwość i pokazuje ludzkie oblicze człowieka. Pozwala też rozładować napięcie, zrzucić ciężar z serca. Ja zaś jestem od tego, aby być przy nich, gdy płaczą. Dać im na to bezpieczną przestrzeń i komfort. Milczeć i wspierać.

Zachęcamy do przeczytania całości artykułu we wrześniowym magazynie psychologicznym SENS (http://zwierciadlo.pl/sklepcyfrowy/downloads/sens-9-2018/)

Daj sobie przestrzeń na łzy



Nie pomiń także tych aktualności

Egzoszkielet - perełka światowej rehabilitacji
Egzoszkielet - perełka światowej rehabilitacji

Tomasz „Kowal“ Kowalski, zwycięzca IV edycji „Must Be the Music”, uległ poważnemu wypadkowi na motocyklu. W wyniku poniesionych obrażeń jest sparaliżowany od pasa w dół. Od blisko roku jeździ na wózku.

Czytaj więcej
Sami świata nie zmienimy
Sami świata nie zmienimy

Nie można pozostawiać ludzi po wypadku samym sobie. Jest wiele przypadków, gdzie poszkodowany w wyniku kompleksowej rehabilitacji wraca do zdrowia i do społeczeństwa. I to tą częścią musimy się zajmować, kompleksowo. Kiedy doszło do wypadku i ratujemy komuś życie, kolejnym krokiem musi być szybka rehabilitacja.

Czytaj więcej
Realna więź między osobą poszkodowaną a ubezpieczycielem
Realna więź między osobą poszkodowaną a ubezpieczycielem

Nie można pozostawiać ludzi po wypadku samym sobie. Jest wiele przypadków, gdzie poszkodowany w wyniku kompleksowej rehabilitacji wraca do zdrowia i do społeczeństwa. I to tą częścią musimy się zajmować, kompleksowo. Kiedy doszło do wypadku i ratujemy komuś życie, kolejnym krokiem musi być szybka rehabilitacja.

Czytaj więcej